Niania, czyli niezbędnik dla dzieci

Niania to temat – rzeka. Matki, które zatrudniają nianie, często się dzielą opiniami na ich temat. Często są to krytyczne opowieści, czasem przychylne. Natomiast nianie rzadko się dzielą swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Oto opowieść jednej z nich.

To ja, niania

Niania z przypadku, ale szczęśliwego przypadku. Chociaż nie od razu. Przez wiele lat nauczycielka Po przejściu na emeryturę cieszę się z wolności, świat wydaje się piękny i cały do zdobycia. Ale zaszła zmiana, wystarczyły dwa telefony.

Telefon pierwszy, czyli falstart

Pewnego dnia telefon. Dzwoni przyjaciółka mojej córki. Ma znajomą, która pilnie potrzebuje opiekunki do półtorarocznej córeczki. Czy bym się nie zgodziła? Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, nawet nie potrzebowałam zbytnio pieniędzy. Ale odezwała się we mnie dusza nauczycielki. Wszystko dla dzieci!

Jadę. Śliczna Zosia zaprezentowała na powitanie wszystkie swoje umiejętności, czym mnie od razu zauroczyła. Rozmowa z rodzicami – obydwoje na urlopie – cały czas przerywana telefonami z pracy. Młodzi, zapracowani, lekko znerwicowani ludzie. Wyrobnicy korporacji.

Od pierwszej chwili zauważam, że na ojcu nie wywarłam najlepszego wrażenia. Gdy wychodzi na chwilę, dowiaduję się, że chce, aby jego matka zajmowała się dzieckiem, a żona woli nianię.

Umawiamy się, że przez  tydzień – dwa będę asystować matce Tosi przy opiece nad dzieckiem. Wszystkie trzy miałyśmy się w tym czasie dobrze poznać, a ja  także wyuczyć nowego zawodu.

Przychodzę następnego dnia. Okazuje się, że matkę wezwano do pracy. Zostaję sama z maleństwem. Nawet za bardzo się nie orientuję, gdzie co leży. Na szczęście Zosia nie stwarza żadnych problemów ( przede mną już miała opiekunkę), nie płacze, je, bawi się. Nie chce tylko spać.

Dzień następny. Pojawiam się rankiem. Ojciec w pośpiechu pakuje ubranka do torby. Matki nie ma. Ponoć wyjechała, wróci za trzy dni, a że ojciec pracuje tego dnia do 22, więc zawozi dziecko do babci. Nawet się nie obruszam, że mnie nie uprzedzono. Proszę tylko o telefon, czy po tych trzech dniach mam się stawić na służbę. Telefonu brak. Więc się nie stawiam. Też nie dzwonię. Cały czas mam wrażenie, że odstawiano przede mną przedstawienie i że też brałam udział w nagrywanym przedstawieniu.

Telefon drugi, czyli  kochany Kubuś

Mija kilka miesięcy. Podobna rozmowa, inna przyjaciółka córki. Też ma znajomą, która szukała niani. Poprzedni falstart do nowego zawodu bardzo mnie rozczarował, ale jednak się decyduję i jadę na spotkanie z ewentualnymi pracodawcami.

Wita mnie piętnastomiesięczny Kubuś, uczesany gładziutko na boczek, i jego rodzice. Uśmiechnięci, wyluzowani. Rozmowy nie przerywa żaden telefon. Matka ma rozpocząć pracę za miesiąc, a przez ten czas wpadam co kilka dni na 2 – 3 godziny. Dziecko przyzwyczaja się do mnie,  ja daję się poznać mamie, która nabiera do mnie zaufania. Wiem, co chłopczyk lubi, wiem, jak przygotować mu posiłki, poznaję miejsca spacerów. Dobrze i pewnie czuję się w nowej roli, gdy mama wraca do pracy, a ja rozpoczynam „służbę” przez 9 godzin dziennie. ( Nie ukrywam, że trochę się czuję jak XIX- wieczna panna służąca).

Czas szybko mija. Każdy dzień ma ten sam rytm: karmienie, zabawy, spacer, sen. No i co dla mnie najważniejsze –  zafascynowanie maleńkim człowiekiem. Patrzę, słucham, obserwuję i widzę … cud. Cud życia. Ja, matka dorosłych już dzieci, nie mogę się nadziwić temu cudowi, jakim jest rozwój  małego dziecka. Zachwyca mnie jego ciekawość świata, cieszy przekazywanie mu prostych informacji o otoczeniu. Młodnieję, gdy razem stawiamy babki z piasku i ciągniemy samochód za sznurek, interesuję się okolicznymi budowami, bo Kubuś jest fanem koparek i dźwigów. Okazuje się, że pamiętam jeszcze wiersze Brzechwy i Tuwima, które wiele lat temu czytałam  swoim dzieciom. Przypominam sobie dziecięce piosenki. Dużo czasu spędzamy na placach zabaw, bo chłopczyk bardzo lubi towarzystwo rówieśników.

No i stało się. Pokochałam go ciocino – babciną miłością. Niektórzy twierdzą, że to nieprofesjonalne. No cóż, wolę być nianią – amatorką niż profesjonalistką.

Tak minęło 9 miesięcy. Nadszedł wrzesień. Maluszek, znowu uczesany grzeczniutko na boczek, rozpoczął życie poza domem. Żłobek. Poszedł z ochotą i ciekawością, ale gdy zobaczył gromadkę zrozpaczonych maluchów, solidarnie wraz z nimi zapłakał.

Zaproponowałam rodzicom, że będę go wcześniej odbierać ze żłobka. Codziennie mamy dwie godziny dla siebie. Chodzimy na spacery, karmimy kaczki na stawie, zaglądamy na pobliską budowę. W domu bawimy się kolejką, rysujemy, malujemy, rozmawiamy, śpiewamy. Kubuś bardzo szybko zapamiętuje wierszyki i piosenki, dużo się też uczy w żłobku. Zresztą, lubi tam chodzić, rano domaga się, by zaprowadzić go do dzieci. Ale koniec sielanki. Matce nie przedłużono umowy o pracę. Żegnam cię, kochany Kubusiu. Mam nadzieję, że nie na długo. Może znów będę ci potrzebna, tak jak ty jesteś potrzebny mnie.