Zakup nowej mikrofalówki

Wiosenne sprzątanie wybuchło u mnie na dobre. Wybuchło dosłownie, bo za sprawą nieoczekiwanej eksplozji wewnątrz mikrofalówki, przy czym mój mąż nabrał wody w usta i uznał, że nic nie powie. „Stało się i już” – skwitował wybuch, i po sprawie. Szybko okazało się, że po sprawie jednak nie jest, bo urządzenie zbuntowało się i przestało działać. Niby talerz się obracał, światło świeciło wiatrak chodził, ale nie chciała grzać. I nie grzała. Czas w porządku. Moc też. Grill bez problemów. A grzania jak nie ma, tak nie ma. Odpięłam i podpięła zasilanie, posprawdzałam bezpieczniki, wszystko na nic. Pomyślałam, że może trzeba wymienić jakieś części. Agd – znaczy sklepy – mają tego ustrojstwa szeroki wybór. No ale przecież nie wiedziałam co. Wyglądało na to, że muszę wezwać serwis. Mikrofalówki naprawia prawie każdy, więc znalazłam bez problemu. I to nawet dość blisko. Serwisant przybył dość szybko. Powiedział, że bezpieczniki w porządku i że na stykach magnetronu jest zwarcie, potrzebna będzie zatem naprawa. „Mikrofalówki to chodliwy sprzęt, więc nie będzie problemu z postawieniem jej na nogi” – zażartował jeszcze i zabrał urządzenie ze sobą. Po południu zadzwonił telefon. Dzwonili z serwisu i wiadomość, jaką mieli mi do przekazania, wcale mnie nie ucieszyła. Koszt naprawy był tak wysoki, że nie opłacało się jej w ogóle przeprowadzać. Znacznie korzystniej było oddać starą na części i dopłacić różnicę do nowej. I właśnie to mi zaproponowano. Godzinę później dostarczono mi katalog, abym mogła wybrać coś odpowiedniego. Dostałam też dobry rabat i gwarancję. Następnego dnia miałam już nową.